Rozumiem

Treść paska z cookies

Mazurska przygoda klas 1 i 3

Nie od dziś wiadomo, że dla ucznia najlepszym momentem w roku szkolnym jest klasowa wycieczka. W Edukatorze klasy 3 i 1 wraz z opiekunami wybrały się na 3-dniowy wyjazd na Mazury tuż przed początkiem wakacji.

12 czerwca o godz. 7 wszyscy zwarci i gotowi wyjechaliśmy spod budynku szkoły ku czekającej na nas przygodzie. Sama podróż, choć długa, minęła nam dość szybko, w miłej atmosferze, przy wspólnych rozmowach i śpiewie.

Pierwszym punktem naszej wycieczki było zwiedzanie pól, na których toczyła się ponad 500 lat temu słynna bitwa pod Grunwaldem. Niczego nieświadomi chłonęliśmy wiedzę oraz podziwialiśmy widoki tej okolicy. Niestety, gdy wyszliśmy z seansu przedstawiającego przebieg tejże bitwy, zastała nas ogromna ulewa, więc musieliśmy zakończyć zwiedzanie i szybko przedostać się z powrotem do autokaru. Większość z nas (w tym ja) przemokliśmy do suchej nitki, ale na szczęście nikomu to zbytnio nie przeszkadzało.

Po dotarciu do miejscowości Ostrów Pieckowski 3-klasiści opuścili resztę grupy i zakwaterowali się w swoich pokojach, natomiast pozostali musieli przejechać jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do miejscowości Ryn, ponieważ tam znajdował się ich ośrodek. Niestety, nie wiem co dokładnie działo się u pierwszych klas, ale podejrzewam, że wyglądało to mniej więcej tak samo jak w przypadku klas trzecich. Podzieliliśmy się w kilkuosobowe grupy, otrzymaliśmy klucze do poszczególnych pokoi, a następnie wolny czas poświęciliśmy na rozpakowanie się oraz zwiedzenie okolicy. Okazało się, że nasz ośrodek znajduje się nad pięknym jeziorem z drewnianym molo oraz dużym obszarem do spędzania aktywnie czasu na świeżym powietrzu. Byliśmy zachwyceni. Wieczorem udaliśmy się do tamtejszej stołówki, aby zjeść obiadokolację. Po posiłku wróciliśmy z powrotem do budynku i każdy zorganizował sobie ten czas wolny na własny sposób. Nie można nie wspomnieć również o małej sprzeczce o duży drewniany stół pomiędzy dwoma grupami uczniów, którą rozwiązała dopiero Pani Justyna, zabierając kość naszej niezgody na własny taras. Po tym małym incydencie więcej problemów nie było :)

Dzień drugi zapowiadał się dość nieprzyjemnie ze względu na pogodę, która nie napajała nas pozytywną myślą, zwłaszcza, gdy wyobraziliśmy sobie spływ kajakowy w ogromnej ulewie. Ale i z tą przeszkodą nasza przewodniczka oraz opiekunowie sobie poradzili. Po śniadaniu postanowiliśmy, że tego dnia udamy się zwiedzić kościół w Św. Lipce oraz Wilczy Szaniec. Gdy znowu wszyscy znaleźli się we wspólnym autokarze, udaliśmy się w dalszą podróż, by realizować punkty naszego planu. Świątynia, do której dotarliśmy, niezwykle zachwyciła nas swoim wyglądem, przyglądaliśmy się ozdobnym elementom dekoracyjnym, freskom i  ogromny złotym organom, których grę mieliśmy usłyszeć. Z tego „transu” wybudził nas, a wręcz wyrwał, gospodarz tego sanktuarium, jeden z jezuitów. W dość specyficzny sposób przedstawił nam historię tego miejsca i wszystkie legendy z nim związane. Wprawiło nas to w całkiem sporą konsternację, ale nikt nie śmiał mu przerywać. W końcu „Cicho być, albo wyjdź”. Następne kilka godzin spędziliśmy na zwiedzaniu niegdyś głównej kwatery Adolfa Hitlera. Pani przewodnik opowiadała o tych czasach z taką pasją, że nawet osoby mało zainteresowane historią słuchały Jej z zaciekawieniem. Pełni wrażeń wróciliśmy wszyscy do swoich ośrodków. Wieczorem czekało na nas wspólne ognisko, przy którym piekliśmy kiełbaski, rozmawialiśmy o całych trzech latach spędzonych razem w murach naszego gimnazjum oraz śpiewaliśmy piosenki, umilając sobie tym czas.

Dzień trzeci, czyli dzień wyjazdu. Zanim wróciliśmy do domu musieliśmy jeszcze nadrobić zaległy spływ kajakami. Tym razem pogoda nam dopisała i już od rana, po spakowaniu i oddaniu pokoi, ruszyliśmy na podbój jednej z okolicznych rzek. Część grupy niestety zrezygnowała i udała się na spacer po okolicy. Reszta odważnych wsiadła w kajaki i wypłynęła na nieznane wody wraz z ratownikami. Po drodze czekała nas masa zakrętów, wodnych zarośli, dzikich łabędzi oraz nieposłuszne kajaki. Na początku było ciężko, momentami traciliśmy wszelkie nadzieje, ale po kilkudziesięciu metrach nabraliśmy wprawy. Nie płynęliśmy co prawda jak zawodowcy, lecz niewiele nam do nich brakowało. Po około półtorej godziny dotarliśmy do pierwszej bazy i jak się potem okazało ostatniej. Musieliśmy niestety skrócić naszą wyprawę, ponieważ zabrakłoby nam czasu na drogę powrotną do Kalisza. Nastroje względem tego były mocno podzielone, jedni byli rozczarowani, bo ta atrakcja bardzo im się spodobała, a pozostali cieszyli się, że ich trudy już się skończyły.

Powrót do domu minął nam jeszcze szybciej niż przyjazd pierwszego dnia. Nasze więzi przez ten czas jeszcze bardziej się zacieśniły, wiec nikt nie był zadowolony ze zbliżającego się końca wycieczki. Niestety, po dotarciu na miejsce pełni wrażeń musieliśmy wrócić do swoich domów. Dla części z nas była to ostatnia gimnazjalna wycieczka, na pewno będziemy ją miło wspominać za kilka lat.

Dominika Konieczna